
Siedzę na krawędzi poręczy schodów nieznanego szaleństwa. Moja silna, niezależna wola pozwala mi nie zwariować. Powoli nie wytrzymuję napięcia, prąd spaceruje po moich aksonach, a moje nieudolne próby odgonienia negatywnych myśli są bezskuteczne. Pękło. Słone morze wylewa się powoli po schodach, każda kolejna kropelka przyczyni się do powodzi, każdy zły uczynek, który mieszka w każdej kropli czyni ją tak słoną, że gdzie nie spadnie niszczy wszystko. Powoli zaczęły wypływać na sam szczyt miękkich jak puch skał otulonych czasem zmarłych oszustów i oszustek.